Na spacerze trzymałem się na uboczu. Nie przepadałem za tą Sabą. Prawda
pomogła nam, ale mimo to jakoś jej nie lubiłem. Zresztą po co leczyła mi
te rany? Właściwie po co ja jej na to pozwoliłem? Jakbym sam tego nie
potrafił... Nagle wyłapałem zapach jakiegoś wilka.
- Nyru? A co z tamtym wilkiem?
- Z jakim wilkiem? - zdziwiła się.
- No z tym co go widziałem wtedy na górze...
- To pewnie była Saba.
- Nie - zaprzeczyłem. - Czuję zapach obcego.
Nyru otworzyła usta jakby chciała zaprzeczyć, ale nie zrobiła tego.
Pewnie też poczuła wilka. Zrobiłem minę typu "a nie mówiłem?" i
odwróciłem się w stronę źródła zapachu. Pobiegłem, a za mną dwie wadery.
<Nyru? Saba?>